Dziecko adopcyjne w szpitalu.

W końcu przyszedł ten dzień, którego już wcześniej się obawiałam, a który pewnie nie jest niczym szczególnym w przypadku małych dzieci… trafiliśmy do szpitala na oddział ratunkowy. Synek słaniał nam się na rękach.
Co najbardziej mnie zdziwiło, w poczekalni na widok rówieśnika, który tak ładnie go prosił: „Chłopczyku pobiegnij do mnie” odzyskał siły i biegał po szpitalnym korytarzu… wprawiając nas w zakłopotanie przed lekarzem, bo czy tak wygląda chore dziecko? Na szczęście pani doktor tego nie komentowała, tylko zleciła badania krwi i gazometrię. Wyniki były tak złe, że nie trzeba było nic wyjaśniać, Tomuś od razu trafił na oddział i przez dobę nie odłączano Go od kroplówek. Jak dziecko z tak krytycznie niskim poziomem glukozy, elektrolitów może się tak zachowywać? Biegać sobie, podskakując z uśmiechem na ustach, jak gdyby nigdy nic? Skąd bierze siłę?
Czytałam, że dla dziecka pobyt w szpitalu to traumatyczne przeżycie, które wiąże się z ogromnym stresem. Mam jednak wrażenie, że w przypadku takiego malucha, to zupełnie się nie sprawdza.
Otóż jak zachowuje się taki mały pacjent? W przerwie między kroplówkami biega sobie z innymi maluchami po sali, wszystkim się fascynuje. Zakładanie wenflonu zamiast być czymś traumatycznym jest tak ciekawe, że nie tylko pierwszy podaje rękę do wkłucia, ale jeszcze zadręcza pielęgniarkę pytaniami „a cio to? A cio to?” dopytując o każdy szczegół zabiegu.
Zakochani i Dzieci… mam wrażenie, że to takie szczególne przypadki, które pokonają każdy dramatyzm sytuacji, i dzięki nim ziemia choć trochę staje się bliższa NIEBU.
